Wpisy archiwalne w kategorii
Wycieczki
| Dystans całkowity: | 3085.82 km (w terenie 920.50 km; 29.83%) |
| Czas w ruchu: | 146:55 |
| Średnia prędkość: | 21.00 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 65.90 km/h |
| Suma podjazdów: | 261000 m |
| Suma kalorii: | 37653 kcal |
| Liczba aktywności: | 77 |
| Średnio na aktywność: | 40.08 km i 1h 54m |
| Więcej statystyk | |
Kosztowna wycieczka..
A dlaczego kosztowna? Bo zgubiłem gdzieś po drodze 50 zł i bardzo mi się to nie spodobało. Wracałem tą samą drogą ale niestety nie znalazłem, prawdopodobnie jakiś frajer już sobie wziął forsę i poszedł w siną dal. Mi to się zawsze musi coś przydarzyć :/
- DST 35.64km
- Teren 3.00km
- Czas 01:29
- VAVG 24.03km/h
- VMAX 44.50km/h
- Temperatura 25.0°C
- Kalorie 831kcal
- Podjazdy 5000m
- Sprzęt Kross Hexagon V3
- Aktywność Jazda na rowerze
Standardowa pętla
Standardowa pętla, jak zwykle ;) Jechałem po deszczu, więc nieźle się umoczyłem.
- DST 25.89km
- Teren 3.00km
- Czas 01:07
- VAVG 23.18km/h
- VMAX 48.90km/h
- Temperatura 18.0°C
- Kalorie 586kcal
- Podjazdy 3000m
- Sprzęt Kross Hexagon V3
- Aktywność Jazda na rowerze
Wypad ze znajomymi z forum (terenowy)
Wybrałem się dziś na wycieczkę z dwoma znajomymi z Katowic. Jechałem drogą numer 81, deszcz oczywiście ciut mnie zmoczył ale zanim dojechałem do centrum już było ok. Jadąc do Katowic chciałem wykręcić średnią 30 km/h, niestety udało się jedynie 28 z hakiem a w centrum skutecznie spadła ;)
- DST 49.18km
- Teren 35.00km
- Czas 02:14
- VAVG 22.02km/h
- VMAX 44.10km/h
- Temperatura 22.0°C
- Kalorie 1093kcal
- Podjazdy 2000m
- Sprzęt Kross Hexagon V3
- Aktywność Jazda na rowerze
Rekord w łapaniu gum
Szkoda gadać..
- DST 26.00km
- Teren 20.00km
- Czas 01:10
- VAVG 22.29km/h
- VMAX 43.00km/h
- Temperatura 21.0°C
- Kalorie 600kcal
- Podjazdy 3000m
- Sprzęt Kross Hexagon V3
- Aktywność Jazda na rowerze
Wieczorny wypad na 30 km
Wyjazd do Tychów drogą na około (staropodleska z Mikołowa, potem skrzyżowanie ul.Uczniowskiej i Armii Krajowej w Katowicach gdzie odbijam na Tychy Mąkołowiec. Po drodze tam właśnie spotkałem dwie piękne Panie które jak się okazało zgubiły szlak i jechały z Katowic na Tychy - Paprocany. Poprowadziłem je więc (a pal licho że miałem wtedy średnią 29 i spadła mi do 20 :P ). W podzięce dostałem potem batona :D
Dziś przegapiłem Tour de Pologne - odcinek w startujący w Tychach do Cieszyna. Ehh miałem tam być ale jakoś nie mogłem się zebrać :/ Żałuję.
Dziś przegapiłem Tour de Pologne - odcinek w startujący w Tychach do Cieszyna. Ehh miałem tam być ale jakoś nie mogłem się zebrać :/ Żałuję.
- DST 32.06km
- Teren 6.00km
- Czas 01:24
- VAVG 22.90km/h
- VMAX 42.40km/h
- Temperatura 19.0°C
- Kalorie 772kcal
- Podjazdy 4000m
- Sprzęt Kross Hexagon V3
- Aktywność Jazda na rowerze
Znów Tychy ;]
Dziś pojechałem znów do Tychów. Jechałem na 80 % swoich możliwości chcąc uzyskać dobrą średnią. No i do Tychów (9 km) uzyskałem około 30 km/h lecz niestety już w Mikołowie.. tragedia. Ehh gdzie te czasy ze średnimi 25 ;)
- DST 21.00km
- Teren 5.00km
- Czas 00:55
- VAVG 22.91km/h
- VMAX 55.00km/h
- Temperatura 24.0°C
- Kalorie 500kcal
- Podjazdy 2000m
- Sprzęt Kross Hexagon V3
- Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 31 lipca 2010
Kategoria Wycieczki, Ponad 200 km
Nowy rekord : ustanowiono
A więc rekord w dziennym przelocie oficjalnie został wczoraj pobity. Oficjalnie to 235 km (nie oficjalnie ciut więcej ale mi licznik padł i raz działał a czasem nie, więc dokładnie nie podam). Trasa była długa i ciekawa chociaż przyznam że już pod koniec miałem kompletnie dość i rzygałem asfaltami ;) Była to pierwsza moja trasa o takiej długości, wcześniej to było różnie 70-80 km (z tych dłuższych) a poprzedni rekord 90 km :P Ogólnie z trasy jestem zadowolony, chociaż było sporo niedociągnięć technicznych i braki w przygotowaniu do wycieczki o czym napiszę później.
Wyjechałem z Mikołowa o godzinie 5:40 bo w Jastrzębiu miałem się spotkać z moim towarzyszem o godzinie 7:20 (37 km). Gnałem dość szybko mimo ciężkiego plecaka średnia wyszła 27 km/h. W pewnym momencie od strony Brennej zauważyłem że idzie wieelka chmura deszczowa co oczywiście przełożyło się już po chwili na lekkie kropienie by w połowie drogi między Pawłowicami a Jastrzębiem przerodziło się w urwanie chmury. Byłem już kompletnie mokry ale co tam, obiecałem się stawić więc jechałem dalej. Na przystanku spedziliśmy na gadaniu o wszystkim i niczym około godziny. Potem jechaliśmy kompletnie przemoczeni (a szczególnie ja, w butach bajoro). Skierowaliśmy się na Zebrzydowice / Hażlach, Kończyce Małe i potem Wielkie drogą numer 937. Potem do Cieszyna po polskiej stronie by po chwili znaleźć się w Czeskim (ahh ten zjazd tam, miałem tam w mieście na liczniku 47 km/h a jakiś cieć samochodem jeszcze mnie wyprzedza :D). W Czechach obraliśmy kierunek na "Lysą Horę" wzdłuż drogi numer E462 (bocznymi). Na Homi Zukov, Tranovice, Homi Tosanovice, Frydek Mistek i tam odbiliśmy na drogę numer 56. Potem już Ostravice i Lysa Hora.
Szczerze mówiąc przeliczyłem się nieco ze swoimi możliwościami. Wjazd na górę liczył około 8 km. Cały czas nachylenie było bardzo duże chociaż 2 razy jechało się z górki. Podjazd pokonałem w 70 % na rowerze, po 6,5 km byłem już tak wypompowany że musiałbym chyba cały Powerade wypić żeby tam wjechać (a miałem wtedy już tylko pół batona i czystą wodę..). Silni rowerzyści mnie mijali, nawet kobiety ale co tam idę dalej. Mój towarzysz już daleko odjechał i był na prawie na górze. Po około 20 minutach dogoniłem go i objedliśmy się jagodami. Byliśmy wtedy na około 1000 m n.pm. Jagód było tam sporo ale trzeba było je zerwać a jako że zmęczenie sięgało zenitu to ciężko było. No i tak jedliśmy około 20 minut po to żeby ruszyć znów pod górę. Po chwili już znów zostałem w tyle, znów co kilkadziesiąt m przerwa i kosmiczny wysiłek. Było tam już bardzo zimno (byłem w na poziomie chmur). W końcu jakoś udało mi się wjechać ale kryzys jaki mnie dopadł nie dawał za wygraną. Ledwo powłóczyłem nogami a w sklepikach / jadłodajniach które znajdowały się na szczycie przyjmowali tylko korony czeskie (a ja tylko PLN miałem :P, głupiec). W końcu po 40 minutach siedzenia przyszedł czas zjazdu. Prędkość cały czas ponad 50 km/h, czasem i 60. Spokojnie można by było jechać tam 80 km/h ;) No ale jako że tylne klocki już miałem tak zużyte że ocierały o obręcz a z przednich zostało może z 15 % to nie szalałem. I tak po zjeździe na obręczach można było jajka smażyć :D Potem dalej było z górki, już nie tak bardzo ale nadal prędkośc utrzymywaliśmy te 35 km/h już pedałując. Mimo kryzysu przejechałem te 10 km takim tempem ale potem już nie dałem rady. Zjadłem ostatnie resztki orzeszków ziemnych ale pomogło na chwilę. Potem już mi się w oczach przestawiało i obawiałem się żebym nie spadł z roweru. Musieliśmy jakos dojechać do Polski bo wtedy już mógłbym się posilić czymś. Wracaliśmy tą samą praktycznie drogą, mniejwięcej w połowie drogi do Cieszyna doszedłem do kresu sił i głodu. Ledwo powłóczyłem rowerem i nogami. Najmniejszy podjazd i śmierć na miejscu 4 km/h :D W końcu jakoś zajechaliśmy do tego Cieszyna polskiego, najbliższy market i dwie bułki, 500 g pierników jakichś po których potem było mi aż niedobrze (zjadłem może połowę). No ale kryzys odszedł i znów mogliśmy pociskać. Podjazd w Cieszynie pokonaliśmy nawet go nie zauważając. Wybraliśmy drogę numer 938 w kierunku Pawłowic. Dłużyła się ona niezmiernie. W końcu w Pawłowicach pożegnałem się z moim towarzyszem i obrałem kierunek na Mikołów - droga numer 81. Przed Żorami znów kryzys i jakieś zachcianki - orenżada. Niestety sklepów nie było dopiero w Żorach. Tak więc dokręciłem jakoś ostatkami sił i tam kupiłem picie (miałem już dość picia czystej wody). Potem to już szło coraz szybciej. Podjazd pod Łaziskami musiałem brać na dwa razy ale go pokonałem. Ściemniło się już a ja jechałem coraz szybciej żeby wreszcie dotrzec do domu. No i tak oto 235 km rozwalone. 11 h i 18 minut. Prędkość średnia nie wyszła duża bo ten podjazd na górę.. ehh 5-8 km/h :D Przy okazji pobiłem również miesięczny przelot równy 868 km :P
Dodaję kilka fot z wypadu.
1. Już na szczycie. Widać ślady po jedzeniu jagód :D

2. Jedenen z podjazdów, widać chmury

3. Konkretny długi podjazd a za nim jeszcze 10 takich samych :D
Wyjechałem z Mikołowa o godzinie 5:40 bo w Jastrzębiu miałem się spotkać z moim towarzyszem o godzinie 7:20 (37 km). Gnałem dość szybko mimo ciężkiego plecaka średnia wyszła 27 km/h. W pewnym momencie od strony Brennej zauważyłem że idzie wieelka chmura deszczowa co oczywiście przełożyło się już po chwili na lekkie kropienie by w połowie drogi między Pawłowicami a Jastrzębiem przerodziło się w urwanie chmury. Byłem już kompletnie mokry ale co tam, obiecałem się stawić więc jechałem dalej. Na przystanku spedziliśmy na gadaniu o wszystkim i niczym około godziny. Potem jechaliśmy kompletnie przemoczeni (a szczególnie ja, w butach bajoro). Skierowaliśmy się na Zebrzydowice / Hażlach, Kończyce Małe i potem Wielkie drogą numer 937. Potem do Cieszyna po polskiej stronie by po chwili znaleźć się w Czeskim (ahh ten zjazd tam, miałem tam w mieście na liczniku 47 km/h a jakiś cieć samochodem jeszcze mnie wyprzedza :D). W Czechach obraliśmy kierunek na "Lysą Horę" wzdłuż drogi numer E462 (bocznymi). Na Homi Zukov, Tranovice, Homi Tosanovice, Frydek Mistek i tam odbiliśmy na drogę numer 56. Potem już Ostravice i Lysa Hora.
Szczerze mówiąc przeliczyłem się nieco ze swoimi możliwościami. Wjazd na górę liczył około 8 km. Cały czas nachylenie było bardzo duże chociaż 2 razy jechało się z górki. Podjazd pokonałem w 70 % na rowerze, po 6,5 km byłem już tak wypompowany że musiałbym chyba cały Powerade wypić żeby tam wjechać (a miałem wtedy już tylko pół batona i czystą wodę..). Silni rowerzyści mnie mijali, nawet kobiety ale co tam idę dalej. Mój towarzysz już daleko odjechał i był na prawie na górze. Po około 20 minutach dogoniłem go i objedliśmy się jagodami. Byliśmy wtedy na około 1000 m n.pm. Jagód było tam sporo ale trzeba było je zerwać a jako że zmęczenie sięgało zenitu to ciężko było. No i tak jedliśmy około 20 minut po to żeby ruszyć znów pod górę. Po chwili już znów zostałem w tyle, znów co kilkadziesiąt m przerwa i kosmiczny wysiłek. Było tam już bardzo zimno (byłem w na poziomie chmur). W końcu jakoś udało mi się wjechać ale kryzys jaki mnie dopadł nie dawał za wygraną. Ledwo powłóczyłem nogami a w sklepikach / jadłodajniach które znajdowały się na szczycie przyjmowali tylko korony czeskie (a ja tylko PLN miałem :P, głupiec). W końcu po 40 minutach siedzenia przyszedł czas zjazdu. Prędkość cały czas ponad 50 km/h, czasem i 60. Spokojnie można by było jechać tam 80 km/h ;) No ale jako że tylne klocki już miałem tak zużyte że ocierały o obręcz a z przednich zostało może z 15 % to nie szalałem. I tak po zjeździe na obręczach można było jajka smażyć :D Potem dalej było z górki, już nie tak bardzo ale nadal prędkośc utrzymywaliśmy te 35 km/h już pedałując. Mimo kryzysu przejechałem te 10 km takim tempem ale potem już nie dałem rady. Zjadłem ostatnie resztki orzeszków ziemnych ale pomogło na chwilę. Potem już mi się w oczach przestawiało i obawiałem się żebym nie spadł z roweru. Musieliśmy jakos dojechać do Polski bo wtedy już mógłbym się posilić czymś. Wracaliśmy tą samą praktycznie drogą, mniejwięcej w połowie drogi do Cieszyna doszedłem do kresu sił i głodu. Ledwo powłóczyłem rowerem i nogami. Najmniejszy podjazd i śmierć na miejscu 4 km/h :D W końcu jakoś zajechaliśmy do tego Cieszyna polskiego, najbliższy market i dwie bułki, 500 g pierników jakichś po których potem było mi aż niedobrze (zjadłem może połowę). No ale kryzys odszedł i znów mogliśmy pociskać. Podjazd w Cieszynie pokonaliśmy nawet go nie zauważając. Wybraliśmy drogę numer 938 w kierunku Pawłowic. Dłużyła się ona niezmiernie. W końcu w Pawłowicach pożegnałem się z moim towarzyszem i obrałem kierunek na Mikołów - droga numer 81. Przed Żorami znów kryzys i jakieś zachcianki - orenżada. Niestety sklepów nie było dopiero w Żorach. Tak więc dokręciłem jakoś ostatkami sił i tam kupiłem picie (miałem już dość picia czystej wody). Potem to już szło coraz szybciej. Podjazd pod Łaziskami musiałem brać na dwa razy ale go pokonałem. Ściemniło się już a ja jechałem coraz szybciej żeby wreszcie dotrzec do domu. No i tak oto 235 km rozwalone. 11 h i 18 minut. Prędkość średnia nie wyszła duża bo ten podjazd na górę.. ehh 5-8 km/h :D Przy okazji pobiłem również miesięczny przelot równy 868 km :P
Dodaję kilka fot z wypadu.
1. Już na szczycie. Widać ślady po jedzeniu jagód :D

2. Jedenen z podjazdów, widać chmury

3. Konkretny długi podjazd a za nim jeszcze 10 takich samych :D
- DST 235.00km
- Teren 5.00km
- Czas 11:18
- VAVG 20.80km/h
- VMAX 65.90km/h
- Temperatura 23.0°C
- Kalorie 5700kcal
- Podjazdy 20000m
- Sprzęt Kross Hexagon V3
- Aktywność Jazda na rowerze
Do Tychów i z powrotem
Standardowy wyjazd do Tychów i z powrotem. Niestety licznik mi coś szwankuje. Jak jutro pogoda dopisze to 250 km atakuję ze znajomymi :P
- DST 20.00km
- Teren 3.00km
- Czas 00:56
- VAVG 21.43km/h
- VMAX 40.00km/h
- Temperatura 22.0°C
- Kalorie 500kcal
- Podjazdy 2000m
- Sprzęt Kross Hexagon V3
- Aktywność Jazda na rowerze
Po kilku dniach odpoczynku..
Po kilku spokojnych dniach odpoczynku wybrałem się dziś na mała przejażdżkę do Tychów i z powrotem. Nie wiem chyba coś ze mną nie tak, ostatnio coś słaby jestem ;)
Założyłem dziś semi-slicki, jechałem jak kula armatnia a i tak średnia niska :P
Założyłem dziś semi-slicki, jechałem jak kula armatnia a i tak średnia niska :P
- DST 23.93km
- Teren 3.00km
- Czas 01:06
- VAVG 21.75km/h
- VMAX 42.60km/h
- Temperatura 25.0°C
- Kalorie 588kcal
- Podjazdy 2000m
- Sprzęt Kross Hexagon V3
- Aktywność Jazda na rowerze
Wycieczka - porażka
Wpisałem taki tytuł wycieczki ponieważ za bardzo inny nie pasował. Miałem zrobić 110 km, przynajmniej tak planowałem. Niestety zrobiłem niecałą połowę. Początkowo nie godziłem się z myślą że za chwilę będę musiał wrócić do domu, ale kiedy w końcu byłem już kompletnie mokry a w dodatku nie mogłem odnaleźć tego szlaku Tychy - Pawłowice, przez Kobiór, to miarka się przebrała i wróciłem tą samą drogą którą przyjechałem.
Przemoczony do suchej nitki, wszystko mokre i ze złym humorem dokulałem się do Mikołowa. Średnia żałosna, tak samo jak ten dzisiejszy wyjazd.
A teraz coś o "amortyzatorze" w moim rowerku. Jest to model firmy "Suntour" - XCM. W zasadzie nie powinien się on tak nazywać, ponieważ jest jak kamień. Na samym poczatku tego sezonu kiedy ważyłem około 94 kg, amortyzator co prawda pracował ale szkoda mówić jak. Potem wyjąłem z niego sprężynę (już miałem wtedy około 90 kg) i nawet zdarzyło mi się go nawet dobić. Teraz kiedy waga mi zeszła do około 84 kg, mogę powiedzieć że nawet na jednej sprężynie nie można nazwać tego pracą. Wogóle dziś w tych mokrych warunkach amortyzator stał się jak kamień. Tak więc szczerze nie polecam. A może polecam, osobom których waga osiąga 150 kg (chociaż w sumie też warto przemyśleć kwestię wytrzymałości tego amortyzatora). :D
Przemoczony do suchej nitki, wszystko mokre i ze złym humorem dokulałem się do Mikołowa. Średnia żałosna, tak samo jak ten dzisiejszy wyjazd.
A teraz coś o "amortyzatorze" w moim rowerku. Jest to model firmy "Suntour" - XCM. W zasadzie nie powinien się on tak nazywać, ponieważ jest jak kamień. Na samym poczatku tego sezonu kiedy ważyłem około 94 kg, amortyzator co prawda pracował ale szkoda mówić jak. Potem wyjąłem z niego sprężynę (już miałem wtedy około 90 kg) i nawet zdarzyło mi się go nawet dobić. Teraz kiedy waga mi zeszła do około 84 kg, mogę powiedzieć że nawet na jednej sprężynie nie można nazwać tego pracą. Wogóle dziś w tych mokrych warunkach amortyzator stał się jak kamień. Tak więc szczerze nie polecam. A może polecam, osobom których waga osiąga 150 kg (chociaż w sumie też warto przemyśleć kwestię wytrzymałości tego amortyzatora). :D
- DST 51.52km
- Teren 37.00km
- Czas 02:24
- VAVG 21.47km/h
- VMAX 40.00km/h
- Temperatura 18.0°C
- Kalorie 1217kcal
- Podjazdy 3000m
- Sprzęt Kross Hexagon V3
- Aktywność Jazda na rowerze



