Wpisy archiwalne w kategorii
Ponad 200 km
| Dystans całkowity: | 235.00 km (w terenie 5.00 km; 2.13%) |
| Czas w ruchu: | 11:18 |
| Średnia prędkość: | 20.80 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 65.90 km/h |
| Suma podjazdów: | 20000 m |
| Suma kalorii: | 5700 kcal |
| Liczba aktywności: | 1 |
| Średnio na aktywność: | 235.00 km i 11h 18m |
| Więcej statystyk | |
Sobota, 31 lipca 2010
Kategoria Wycieczki, Ponad 200 km
Nowy rekord : ustanowiono
A więc rekord w dziennym przelocie oficjalnie został wczoraj pobity. Oficjalnie to 235 km (nie oficjalnie ciut więcej ale mi licznik padł i raz działał a czasem nie, więc dokładnie nie podam). Trasa była długa i ciekawa chociaż przyznam że już pod koniec miałem kompletnie dość i rzygałem asfaltami ;) Była to pierwsza moja trasa o takiej długości, wcześniej to było różnie 70-80 km (z tych dłuższych) a poprzedni rekord 90 km :P Ogólnie z trasy jestem zadowolony, chociaż było sporo niedociągnięć technicznych i braki w przygotowaniu do wycieczki o czym napiszę później.
Wyjechałem z Mikołowa o godzinie 5:40 bo w Jastrzębiu miałem się spotkać z moim towarzyszem o godzinie 7:20 (37 km). Gnałem dość szybko mimo ciężkiego plecaka średnia wyszła 27 km/h. W pewnym momencie od strony Brennej zauważyłem że idzie wieelka chmura deszczowa co oczywiście przełożyło się już po chwili na lekkie kropienie by w połowie drogi między Pawłowicami a Jastrzębiem przerodziło się w urwanie chmury. Byłem już kompletnie mokry ale co tam, obiecałem się stawić więc jechałem dalej. Na przystanku spedziliśmy na gadaniu o wszystkim i niczym około godziny. Potem jechaliśmy kompletnie przemoczeni (a szczególnie ja, w butach bajoro). Skierowaliśmy się na Zebrzydowice / Hażlach, Kończyce Małe i potem Wielkie drogą numer 937. Potem do Cieszyna po polskiej stronie by po chwili znaleźć się w Czeskim (ahh ten zjazd tam, miałem tam w mieście na liczniku 47 km/h a jakiś cieć samochodem jeszcze mnie wyprzedza :D). W Czechach obraliśmy kierunek na "Lysą Horę" wzdłuż drogi numer E462 (bocznymi). Na Homi Zukov, Tranovice, Homi Tosanovice, Frydek Mistek i tam odbiliśmy na drogę numer 56. Potem już Ostravice i Lysa Hora.
Szczerze mówiąc przeliczyłem się nieco ze swoimi możliwościami. Wjazd na górę liczył około 8 km. Cały czas nachylenie było bardzo duże chociaż 2 razy jechało się z górki. Podjazd pokonałem w 70 % na rowerze, po 6,5 km byłem już tak wypompowany że musiałbym chyba cały Powerade wypić żeby tam wjechać (a miałem wtedy już tylko pół batona i czystą wodę..). Silni rowerzyści mnie mijali, nawet kobiety ale co tam idę dalej. Mój towarzysz już daleko odjechał i był na prawie na górze. Po około 20 minutach dogoniłem go i objedliśmy się jagodami. Byliśmy wtedy na około 1000 m n.pm. Jagód było tam sporo ale trzeba było je zerwać a jako że zmęczenie sięgało zenitu to ciężko było. No i tak jedliśmy około 20 minut po to żeby ruszyć znów pod górę. Po chwili już znów zostałem w tyle, znów co kilkadziesiąt m przerwa i kosmiczny wysiłek. Było tam już bardzo zimno (byłem w na poziomie chmur). W końcu jakoś udało mi się wjechać ale kryzys jaki mnie dopadł nie dawał za wygraną. Ledwo powłóczyłem nogami a w sklepikach / jadłodajniach które znajdowały się na szczycie przyjmowali tylko korony czeskie (a ja tylko PLN miałem :P, głupiec). W końcu po 40 minutach siedzenia przyszedł czas zjazdu. Prędkość cały czas ponad 50 km/h, czasem i 60. Spokojnie można by było jechać tam 80 km/h ;) No ale jako że tylne klocki już miałem tak zużyte że ocierały o obręcz a z przednich zostało może z 15 % to nie szalałem. I tak po zjeździe na obręczach można było jajka smażyć :D Potem dalej było z górki, już nie tak bardzo ale nadal prędkośc utrzymywaliśmy te 35 km/h już pedałując. Mimo kryzysu przejechałem te 10 km takim tempem ale potem już nie dałem rady. Zjadłem ostatnie resztki orzeszków ziemnych ale pomogło na chwilę. Potem już mi się w oczach przestawiało i obawiałem się żebym nie spadł z roweru. Musieliśmy jakos dojechać do Polski bo wtedy już mógłbym się posilić czymś. Wracaliśmy tą samą praktycznie drogą, mniejwięcej w połowie drogi do Cieszyna doszedłem do kresu sił i głodu. Ledwo powłóczyłem rowerem i nogami. Najmniejszy podjazd i śmierć na miejscu 4 km/h :D W końcu jakoś zajechaliśmy do tego Cieszyna polskiego, najbliższy market i dwie bułki, 500 g pierników jakichś po których potem było mi aż niedobrze (zjadłem może połowę). No ale kryzys odszedł i znów mogliśmy pociskać. Podjazd w Cieszynie pokonaliśmy nawet go nie zauważając. Wybraliśmy drogę numer 938 w kierunku Pawłowic. Dłużyła się ona niezmiernie. W końcu w Pawłowicach pożegnałem się z moim towarzyszem i obrałem kierunek na Mikołów - droga numer 81. Przed Żorami znów kryzys i jakieś zachcianki - orenżada. Niestety sklepów nie było dopiero w Żorach. Tak więc dokręciłem jakoś ostatkami sił i tam kupiłem picie (miałem już dość picia czystej wody). Potem to już szło coraz szybciej. Podjazd pod Łaziskami musiałem brać na dwa razy ale go pokonałem. Ściemniło się już a ja jechałem coraz szybciej żeby wreszcie dotrzec do domu. No i tak oto 235 km rozwalone. 11 h i 18 minut. Prędkość średnia nie wyszła duża bo ten podjazd na górę.. ehh 5-8 km/h :D Przy okazji pobiłem również miesięczny przelot równy 868 km :P
Dodaję kilka fot z wypadu.
1. Już na szczycie. Widać ślady po jedzeniu jagód :D

2. Jedenen z podjazdów, widać chmury

3. Konkretny długi podjazd a za nim jeszcze 10 takich samych :D
Wyjechałem z Mikołowa o godzinie 5:40 bo w Jastrzębiu miałem się spotkać z moim towarzyszem o godzinie 7:20 (37 km). Gnałem dość szybko mimo ciężkiego plecaka średnia wyszła 27 km/h. W pewnym momencie od strony Brennej zauważyłem że idzie wieelka chmura deszczowa co oczywiście przełożyło się już po chwili na lekkie kropienie by w połowie drogi między Pawłowicami a Jastrzębiem przerodziło się w urwanie chmury. Byłem już kompletnie mokry ale co tam, obiecałem się stawić więc jechałem dalej. Na przystanku spedziliśmy na gadaniu o wszystkim i niczym około godziny. Potem jechaliśmy kompletnie przemoczeni (a szczególnie ja, w butach bajoro). Skierowaliśmy się na Zebrzydowice / Hażlach, Kończyce Małe i potem Wielkie drogą numer 937. Potem do Cieszyna po polskiej stronie by po chwili znaleźć się w Czeskim (ahh ten zjazd tam, miałem tam w mieście na liczniku 47 km/h a jakiś cieć samochodem jeszcze mnie wyprzedza :D). W Czechach obraliśmy kierunek na "Lysą Horę" wzdłuż drogi numer E462 (bocznymi). Na Homi Zukov, Tranovice, Homi Tosanovice, Frydek Mistek i tam odbiliśmy na drogę numer 56. Potem już Ostravice i Lysa Hora.
Szczerze mówiąc przeliczyłem się nieco ze swoimi możliwościami. Wjazd na górę liczył około 8 km. Cały czas nachylenie było bardzo duże chociaż 2 razy jechało się z górki. Podjazd pokonałem w 70 % na rowerze, po 6,5 km byłem już tak wypompowany że musiałbym chyba cały Powerade wypić żeby tam wjechać (a miałem wtedy już tylko pół batona i czystą wodę..). Silni rowerzyści mnie mijali, nawet kobiety ale co tam idę dalej. Mój towarzysz już daleko odjechał i był na prawie na górze. Po około 20 minutach dogoniłem go i objedliśmy się jagodami. Byliśmy wtedy na około 1000 m n.pm. Jagód było tam sporo ale trzeba było je zerwać a jako że zmęczenie sięgało zenitu to ciężko było. No i tak jedliśmy około 20 minut po to żeby ruszyć znów pod górę. Po chwili już znów zostałem w tyle, znów co kilkadziesiąt m przerwa i kosmiczny wysiłek. Było tam już bardzo zimno (byłem w na poziomie chmur). W końcu jakoś udało mi się wjechać ale kryzys jaki mnie dopadł nie dawał za wygraną. Ledwo powłóczyłem nogami a w sklepikach / jadłodajniach które znajdowały się na szczycie przyjmowali tylko korony czeskie (a ja tylko PLN miałem :P, głupiec). W końcu po 40 minutach siedzenia przyszedł czas zjazdu. Prędkość cały czas ponad 50 km/h, czasem i 60. Spokojnie można by było jechać tam 80 km/h ;) No ale jako że tylne klocki już miałem tak zużyte że ocierały o obręcz a z przednich zostało może z 15 % to nie szalałem. I tak po zjeździe na obręczach można było jajka smażyć :D Potem dalej było z górki, już nie tak bardzo ale nadal prędkośc utrzymywaliśmy te 35 km/h już pedałując. Mimo kryzysu przejechałem te 10 km takim tempem ale potem już nie dałem rady. Zjadłem ostatnie resztki orzeszków ziemnych ale pomogło na chwilę. Potem już mi się w oczach przestawiało i obawiałem się żebym nie spadł z roweru. Musieliśmy jakos dojechać do Polski bo wtedy już mógłbym się posilić czymś. Wracaliśmy tą samą praktycznie drogą, mniejwięcej w połowie drogi do Cieszyna doszedłem do kresu sił i głodu. Ledwo powłóczyłem rowerem i nogami. Najmniejszy podjazd i śmierć na miejscu 4 km/h :D W końcu jakoś zajechaliśmy do tego Cieszyna polskiego, najbliższy market i dwie bułki, 500 g pierników jakichś po których potem było mi aż niedobrze (zjadłem może połowę). No ale kryzys odszedł i znów mogliśmy pociskać. Podjazd w Cieszynie pokonaliśmy nawet go nie zauważając. Wybraliśmy drogę numer 938 w kierunku Pawłowic. Dłużyła się ona niezmiernie. W końcu w Pawłowicach pożegnałem się z moim towarzyszem i obrałem kierunek na Mikołów - droga numer 81. Przed Żorami znów kryzys i jakieś zachcianki - orenżada. Niestety sklepów nie było dopiero w Żorach. Tak więc dokręciłem jakoś ostatkami sił i tam kupiłem picie (miałem już dość picia czystej wody). Potem to już szło coraz szybciej. Podjazd pod Łaziskami musiałem brać na dwa razy ale go pokonałem. Ściemniło się już a ja jechałem coraz szybciej żeby wreszcie dotrzec do domu. No i tak oto 235 km rozwalone. 11 h i 18 minut. Prędkość średnia nie wyszła duża bo ten podjazd na górę.. ehh 5-8 km/h :D Przy okazji pobiłem również miesięczny przelot równy 868 km :P
Dodaję kilka fot z wypadu.
1. Już na szczycie. Widać ślady po jedzeniu jagód :D

2. Jedenen z podjazdów, widać chmury

3. Konkretny długi podjazd a za nim jeszcze 10 takich samych :D
- DST 235.00km
- Teren 5.00km
- Czas 11:18
- VAVG 20.80km/h
- VMAX 65.90km/h
- Temperatura 23.0°C
- Kalorie 5700kcal
- Podjazdy 20000m
- Sprzęt Kross Hexagon V3
- Aktywność Jazda na rowerze



